Poranek. Zima. Otwieram oczy. Zamykam oczy. Nie chcę myśleć. Lewa stopa – chowie się pod pierzynę. Prawa stopa – czeka na ruch lewej. Obie stopy bezpieczne. Głowa – boli, zmęczona leżeniem opiera się o włosy, włosy odpoczywają na poduszce, która leży na łóżku. Łóżko stoi na podłodze. Minuta, dwie. Jeszcze minuta. Trzy minuty minęły, wstaję i idę do łazienki. Rytualny akt oddawania moczu. Przemyłem oczy, zgrabnie opłukałem dłonie. Dwa spojrzenia w stronę lustra. Wchodzę do kuchni. Wioletta spoczywa na jadalnianym krześle. Mozolnie wciska ostatki z kolacji do swoich nabrzmiałych ust. Przelotne spojrzenie. Sięgam do lodówki po mleko. Nagle słyszę zapytanie:
-O której dziś kończysz?
Poranne dialogi. Nienawidzę ich. Gdybym miał ochotę rozmawiać, samemu wygenerowałbym jakiekolwiek zdanie.
-Wrócę dziś później, nie czekaj na mnie z kolacją.
Co miałem odpowiedzieć? Nie mam ochoty patrzeć na Ciebie? Czy może – idę z kumplami na piwo? Faktem było, że wrócę dziś dużo później niż zazwyczaj.
Dalej, wyciągam z szuflady bieliznę, idę do łazienki. Napuszczam pół wanny wody. Myję się. Suszę włosy, wychodzę do pokoju. Ubieram to, co codziennie z przyzwyczajenia noszę. Te same spodnie, koszula, buty. Pakuję torbę w potrzebne dokumenty. Gotowy do wyjścia. Minuta zastanowienia – grzywka w lewą czy prawą stronę? Niech będzie lewa. Wychodzę.
(Tu, drogi Czytelniku, autor skrócił rozdział o sprawy mało istotne i nierzutujące na całokształt opowieści)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz