Głowy mojej ból dokuczał mi niesamowicie, łaskocząc i skowycząc mnie w uszach nabrzmiałych. Choroba to jakaś w śnie poczęta dopadła mnie łapiąc od tyłu, spięty w kleszcze jakby, ruszać nogą ani ręką nie mogłem. Ciemność dookoła otaczała mnie niefortunna, noc przedziwna podczas poranka świetlistego. Łykami soku malinowego, który delikatnie rozbijając się w ustach, nawilżał moje wargi spragnione, koiłem chorobliwy bólu niebyt. Światła tej nocy porannej raziły moje spojówki wilgotne, dławiąc igłami przełyk moich źrenic.
Nie mogąc nic zrobić, w oczekiwaniu na werdykt rozprawy, straszliwym płaczem wybuchałem, zalewając spodnie flamastrowymi łzami. Przeraźliwy krzyk z krtani wydobywszy, w ciszy i skupieniu oczekiwałem nie roniąc ani słowa.
W tej chwili najzupełniej pojmowałem swój stan chorobowy, to zaciągnięcie do szpitalnej izby. Zakatarzony kapałem na podłogę nie myśląc o moim stanie, który przygniatał mnie swą ciężkością do rozmiaru karalucha pospolitego, wszy śmierdzącej. Chwilami dławiąc się potem, wychodził ze mnie wstrętny kocur, pełen sierści, mruczący pogardliwie. Zatykałem wtem swe uszy, nie słysząc jego miauczenia, odcinałem się od tej mojej części osobowości zbyt parskliwej i zarobaczonej.
Z izby doktorskiej co rusz wychodził to kolejny pacjent, ja czekając w tej kolejce, niecierpliwie ściskałem włosy na biodrze. Dłużyła się każda minuta, zanurzona w twardym krzesełku. Miliony oczu utkwionych we mnie, zakotwiczonych w moich łachach siedziało tam krzywo, zerkając pogardliwie na zegarek. Kolej ta ciągnęła się niesamowicie, wydłużając swój koniuszek o nowych to pacjentów. Ja pragnąc uciec, palcem mym kręciłem zęba kawałek mojego, owijając go dookoła, tarmosząc za czuprynę, pstrykałem nim w tych ludzi ohydnych. Oni patrząc na mnie, jak na kanalie jakąś, bezdomnego, błędnego rycerza, odbijali, jak rakietą, kawałek pokręconego zęba mojego w kierunku moim. Taki to tenis uprawialiśmy w pacjentowni moim kawałkiem uzębienia stałego.
Łykałem co chwila nową myśl pogardliwą w stosunku do nich, hamując się jednak czekałem niecierpliwie. Kolej moja nieustannie przybliżała się, aż już chwytałem za klamkę, wzrokiem gwałcąc resztę ludzi, gdy kolej moja znowu się opóźniała i tkwiąc w tym samym miejscu, mamrotałem swym żargonem. Tak w kółko sytuacja powtarzając się, irytowała mnie, że włosy z nóg sobie wyrywałem i dławiłem się mym krzykiem.
Halucynacja tejże gromadnej pacjentowni grymaszącej czule utkwiła mi w głowie do czasu wyjazdu z mojej wioski szarej. Zimowe dni oczekiwania stawały się wtedy coraz dłuższe i mozolniejsze, pełznąc po wykładzinie w pokoju moim, stawiały kolejne smoliste kroczki.
Okno nieustannie skrywało tajemnicę ponurą, przyczajoną, chcąc wyszeptać mi ją do ucha nie mogło wszak oknem tylko było. Ja niczym ptak, skrzydła moczyłem w misce z wodą, dziób starannie przemywając. Egzystencji raj na ziemi wlókł się natarczywie, przynosząc mi to nowe sterty książek pachnących życiem. Łapczywie połykałem je mymi oczyma, nie zostawiając nań suchej nitki czy kartki opuszczonej. Zasypywany codziennie gradem potu męczyłem się niemiłosiernie w tej pozycji upartej. Rozgrzany do czerwoności niczym popielata cegła wyjęta z pieca, myśląc klęczałem, ręce ku niebu wznosząc, wołanie błagalne aklamowałem Bogu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz